O mnie

Moje zdjęcie
Poznań, Wielkopolskie, Poland
Kontakt: witold.wy@wp.pl

sobota, 26 maja 2012

Rynek marzeń

Jeżeli ktoś by mnie zapytał, co kojarzy mi się z marzeniami, odpowiedziałbym bez zastanowienia - tęcza, chmury i bańki mydlane. Pewnie dlatego, że są one nieosiągalne, niewinne, piękne i ulotne – dokładnie jak marzenia. Choćbyś pojechał w góry i dotykał chmur, choćbyś znalazł miejsce gdzie zaczyna się tęcza, choćbyś złapał bańkę, to będzie tylko chwila… Chmury powędrują dalej, tęcza zniknie a bańka pęknie. Lecz tak samo jak warto mieć marzenia, choćby niewiadomo jak nierealne, tak samo warto szukać tęczy, gonić chmury i puszczać bańki, choćby dla tej krótkiej chwili.
Dziś miało miejsce piękne wydarzenie, tłumy Poznaniaków zebrało się na tutejszym Starym Rynku by puszczać wspólnie bańki mydlane. Setki a morze nawet tysiące ust wysyłało w powietrze swoje małe i duże marzenia, zaś sam Rynek wypełnił się mieniącymi się różnymi kolorami bańkami. I choć ktoś może powiedzieć, że to głupota, zwykła ułuda, to czasem warto się łudzić, że spełnienie marzenia jest tak proste jak dogonienie bańki, choćby po to by zobaczyć radość dziecka, szczęśliwych rodziców czy uśmiech pięknej dziewczyny. Może w ten prosty sposób spełniło się parę prozaicznych acz wspaniałych marzeń.

















pozdrawiam ;)

sobota, 7 stycznia 2012

Mały świat, wielkiej płyty

Często zachwycają nas zdjęcia uchylające okno na inny świat. Zdjęcia wojownika z plemienia Mursi, riksiarza z Delhi, Chasyda pod Ścianą płaczu czy też małego Nepalczyka pracującego w kopalni siarki – to niczym darmowa podróż przez glob i poznawanie innych kultur, obyczajów czy rzeczywistości z bezpiecznej odległości. W takich miejscach jak szpital dla trędowatych w Bangladeszu, wysypisko śmieci w Nepalu na którym mieszkają całe rodziny czy bezdroże kirgiskiego stepu jest bardzo ciężko, zrobić zdjęcie, z jednej strony na inne warunki klimatyczne, z drugiej strony na rozmiar różnorodności, nowości, lecz i rozmiar biedy, ubóstwa i poczucia niesprawiedliwości, która częstokroć bije z oczu ludzi 3 świata, lecz gdy już się wciśnie spust migawki, to można być prawie pewnym tego, iż efekt będzie wyjątkowy. Zdjęcie anormalnie wychudzonego starca, siedzącego przed świątynią gdzieś w Indiach, nie porusza nas tak, jak zdjęcie starej Rumunki przed kościołem gdzieś na naszym osiedlu, zdjęcie małej brudnej Nepalki o wielkich, ciemnych i bardzo smutnych oczach, na tle ogromnych hałd śmieci, nie wzrusza nas tak bardzo, jak zdjęcie biedaka zwanego też menelem tudzież żulem, który pcha swój wózek, patrząc pustymi oczyma przed siebie. Podobnie jest z architekturą, dużo ciekawsze wydają nam się slumsy rodem z filmu „Slum Dog” niźli nasze rodzime bloki, dużo bardziej intrygujące wydają nam się gliniane chaty uchwycone na tle wielkiego czerwonego słońca zachodzącego, gdzieś w Afryce, niźli nasze wiejskie chaty, dużo większe wrażenie robi na nas zdjęcie z przepełnionej kontemplacją buddyjskiej świątyni, niźli naszych rodzimych kościołów. To zrozumiałe – to co widzimy na co dzień nie jest wcale dla nas niczym niezwykłym z oczywistych względów, lecz czy nie jest sztuką zobaczyć w tym co nas otacza, w tym naszym małym świecie odrobiny niezwykłości, krzty piękna, szczypty romantyzmu i mistycyzmu rodem z obrazów C.D Friedricha?

























Blokowisko to miejsce pełne kontrastów. Mieszkają tu ludzie różnej maści, od intelektualistów, studentów, aż po robotników i owianych złą sławą ludzi o złych twarzach i jeszcze gorszych odzieniach, zwanych popularnie dresami. Jest to swoisty Babilon, różnych ideologii, zapatrywań na świat, różnych celów, manier i stylów życia.
Poznańskie blokowisko podobnie jak setki innych w Polsce i na świecie uważne jest za brzydkie. Hałdy betonu i otaczającego je asfaltu, przypominają dawne czasy komunizmu, kojarzone z szarością ubóstwem i niedostatkiem. W zasadzie nie zmieniło się tu zbyt wiele, powstały markety, stacje paliw, wielkie galerie handlowe. Stare bloki przeżyły renesans, oklejone styropianem, posmarowane tynkiem. Żyją one własnym życiem, wieczorami rozbrzmiewa tu muzyka bawiących się studentów, słychać krzyki tych, dla których zabawa to agresja, gdzieś w maju - zaraz po oznajmiających ranek ptakach - rozlega się nieznośne dudnienie wiercenia i kucia ścian, z remontowanych mieszkań, zaś padający letni deszcz nie pachnie trawą tylko zgrzanym asfaltem. Nie wiadomo czy bardziej się kocha czy bardziej nienawidzi to przedziwne miejsce, ciężko tu o jakąkolwiek logikę, jednakże wydaję mi się, że tak jak góral kocha swoje hale, rolnik swoje pole, tak my kochamy swój mały skrawek betonu.


piątek, 9 grudnia 2011

Poczuj magię tych świąt

Dawniej nadejście świąt zwiastował zapach pomarańczy i karp o smutnym wzroku, przemierzający ostatnie metry w odmętach blokowej wanny. Czekało się na słodycze, robienie ciasteczek, wierzyło się w grubego jegomościa zwanego w Wlkp Gwiazdorem. Z wiekiem człowiek traci piękną naiwność w magiczną siłę reniferów i w to, że stukilowy dziadek jest w stanie przepchnąć swoje cztery litery przez komin i w dodatku obskoczyć parę miliardów domów. Utrata tejże naiwności, rozwiewa pył zaklęć i czarów, które czyniły każde święta wyjątkowym przeżyciem.
Dzisiaj nadejście świąt zwiastują sklepowe witryny  przystrojone niekiedy już w połowie listopada, super promocje sieci komórkowych czy pakietów telewizyjnych albo świąteczna reklama coca-coli ze swoim słynnym hasłem - poczuj magię tych świąt (naturalnie dzięki coca - coli). W natłoku zajęć, prezenty kupujemy w istnym biegu przełajowym, przez wielkie hole jeszcze większych galerii handlowych, mijając ludzi tak samo zabieganych jak my sami. Wszystko to może przypominać wyścigi, kto kupi więcej i szybciej, a sam klimat świąt to sprawa drugorzędna i trwa tyle ile spożycie wigilii.
Może się mylę, może generalizuję albo upraszczam, ale wydaje mi się, że dużo trudniej znaleźć chwilę na wspólne pieczenie ciasteczek, coraz ciężej znaleźć prezent, który wywołuje prawdziwy uśmiech. Wszyscy wszystko mają, oprócz czasu.
Ostatnio miałem przyjemność fotografować jeden dzień z życia małych podopiecznych świetlicy socjoterapeutycznej Motylarnia, dla których zorganizowano charytatywny wyjazd świąteczny do stadniny koni w Hermanowie. Dzieci których dzieciństwo nie jest pomalowane różową kredką, które nie mają wszystkiego o czym sobie zamarzą. Ciekawym było obserwowanie ile radości, może przysporzyć widok strusia czy przejażdżka na koniu z hermanowskiej stadniny, jak przyjemne jest wspólne zdobienie pierników, gdzieś tam z kolędami w tle, jak wartościowe jest robienie czegoś razem. Czegoś prostego, a nawet banalnego, ale jakże pięknego.To zaskakujące ile można nauczyć się od takich sobie małych dzieci ;)
Mam nadzieję, że i Wy znajdziecie chwilę, by podarować komuś coś więcej niż tylko przedmiot... może uśmiech, chwilę radości, albo po prostu wspólny czas. I tego Wam właśnie na nadchodzące święta życzę ;)



















Na zdjęciach podopieczni i przyjaciele świetlicy socjoterapeutycznej Motylarnia
Miejsce: Hermanów
A pierniki powędrowały do Domu Seniora